środa, 28 grudnia 2011

niebezpieczne skrzela

Żeby zrobić zupę rybną, należy wykorzystać resztki rybne do ugotowania wywaru. Resztki, a więc: głowa. Bez oczu i bez skrzeli (bo zgorzknieje). Oczy wyjmuje się widelcem (też mordercze zmagania). Skrzela - do dziś nie wiem czym się wyjmuje. Zaryzykowałam ręką nieuzbrojoną. Okazało się, że sandacz ma skrzela jednak ostre. Na zdjęciu widoczna rana pierwszoplanowa. Nie widać, że ręka cała była pocięta, jak po kontakcie z kaktusem.

włos w pierniku

Rozłamałam piernik na pół i znalazłam w środku swojego własnego włosa. Tak szybko wyrzuciłam ciastko do śmieci, że nie zdążyłam udokumentować tej porażki kulinarnej. Fatalnej porażki! Mogę się tylko pocieszać, że ciastko z włosem trafiło się mnie samej, a nie komuś, kogo częstowałam.
A swoją drogą, czemu włos w jedzeniu jest taki straszny? Nie przenosi chyba żadnych zarazków, właściwie jest "czysty". Więc chyba tylko obrzydliwy? Równie obrzydliwy, co mucha w zupie? Na szczęście tego grzechu akurat nie popełniłam. Ale zdarzyło mi się zostać poczęstowaną zupą, w której pływały meszki. I to nie w knajpie, a u kogoś w domu. Górę nad uprzejmością wzięło obrzydzenie. Oczywiście.

wtorek, 27 grudnia 2011

porażka na wigilii

Dotąd uważałam, że kulinarnym obciachem jest przygotowywanie co roku tych samych potraw. Może są tacy, którzy czekają cały rok na te kilka dań, zarezerwowanych dla wigilii bożego narodzenia. Ja nie. Mi barszcz na zakwasie czy grzybowa smakują dokładnie tak samo w ciągu roku. Uszka robię sobie kiedy mam na to ochotę. Dzięki temu przed wigilią zrzucam jarzmo typowych polskich przygotowań: cała rodzina w nerwach, żeby tylko zdążyć z tą setką pierogów, żeby nie zabrakło tego lub owego dania. Szalona krzątanina lub żelazna organizacja - oba te podejścia mnie mierziły.
A w tym roku zrozumiałam o co chodzi. Poza tradycją, tęsknotą za smakami, rytuałami pogańsko-katolickimi. Chodzi o uniknięcie blamażu. Powtarzalność sprawia, że gospodyni/gospodarz staje się mistrzem dania i ma pewność, ze co roku wyjdzie mu ono jak należy. Zrozumiałam to, albowiem w tym roku taki blamaż stał się moim udziałem. Nie robię wigilijnej kolacji u siebie, jestem w gościach u rodziny. Mój wkład to tradycyjnie, jak co roku, ryba. Za każdym razem inna. Co gorsza - nie tylko dla współbiesiadników moja potrawa co roku jest zaskoczeniem, ale także dla mnie samej. Zawsze bowiem wyciągam na tę okazję jakiś zupełnie nowy, niesprawdzony przepis.
Tym razem wyciągnęłam przepis z książki pana Gworka, który prowadzi małą restauracyjkę rybną na Mazurach. Sandacz w białym sosie. I zrobiłam dwa błędy (poza oczywistym - potrawę należało wcześniej wypróbować w mniejszym gronie - choćby na samej sobie):
1. nie zrozumiałam jako to jest "śmietana 30 procentowa", podana w przepisie jako składnik dodatkowy sosu beszamelowego. I dodałam 18-nastkę, bo takiej tłustej nie było. Beszamel słodki, śmietana kwaśna - w sumie kiepskie to połączenie. Jak się zapiekło na rybie to stało się znośne, ale na przyszłość będę robić wyrazisty kwaśny śmietanowy sos (jak już kiedyś), bo ten się sprawdza.
2. zamiast włożyć filety, włożyłam do sosu dzwonka sandacza. No i ktoś przy stole bystrze zauważył: ja mam tu łuskę. Na co ja, równie bystrze: łuska na wigilii zwiastuje dobrobyt. Wybrnęłam, ale jednak nie może być tak, że do ryby jest sos, którego nie można zjeść. Dobrobyt dobrobytem, a smak smakiem.

sobota, 17 grudnia 2011

tira-mi-su. jak słodki powinien być deser?

"tira mi su" czyli "pocałuj mnie tu"? ;)

Do rzeczy:
Czy kiedy goście podczas deseru kilkukrotnie powtarzają: "bardzo słodki" - to mam to odbierać jako komplement czy naganę?
Zdarzyło mi się ostatnio przy tiramisu właśnie i jeszcze przy innym świetnym prostym deserze - wiśniach z octem balsamicznym i wódką zapiekanych pod kruszonką. I jakkolwiek zdanie moich gości ma dla mnie duże znaczenie, to jednak będę obstawać przy tym, że niektóre desery powinny być naprawdę bardzo słodkie. A mówi to osoba, która cukru na co dzień nie używa (chyba, że do zup). Nie lubię słodyczy robionych przemysłowo, mogę żyć bez słodkich ciast, podwieczorki to w moim domu po prostu owoce i orzechy. Ale zdarzają się przecież okazje - a jak okazja, to i deser. I - zgodzę się - są takie desery, którym przesłodzenie szkodzi i jest ich zresztą bardzo dużo, np. szarlotka może być za słodka, tzn. jabłka nie mają wcale lub za mało kwasku, albo tort dlaczego bywa mdły? bo ktoś zapomniał dodać odpowiednio kwaśniej konfitury np. z czarnej porzeczki. No, właśnie: słodycz musi być zawsze czymś zrównoważona. Czym ratuje się moje bardzo słodkie tiramisu? Moją bardzo mocną czarną kawą! (także kawą w biszkoptowej warstwie deseru). I tylko tak sparowane tiramisu istnieje, i tak też zostało podane tym razem.
Czy był jednak błąd z mojej strony jakiś? Był chyba - za duże porcje podałam. Słodyczy, nawet z kawą, nigdy nie można dawać za wiele, bo przestają smakować (mówię o sobie i większości ludzi chyba, a nie o moim mężu).

A za zupełnie niesłodkie tiramisu, które jadłam będąc w gościach u moich gości, następnym razem grzecznie podziękuję.

środa, 28 września 2011

zupy nie dość doskonałe

Ostatnio "położyłam" ogórkową i krupnik. Już byłam pewna, że akurat zupy robię doskonale - i ta pewność chyba mnie zwiodła. W kuchni trzeba być jednak czujnym ;)
Do ogórkowej dałam ogórki o zbyt twardych skórach. Wiem, ze ogórki zbyt ukwaszone, takie ze sklepowej beczki kilka miesięcy po sezonie ogórkowym rujnują zupę. Wiem, że warzywa mrożone nie nadają się na wywar. Wiem, kiedy dodać ogórki, żeby ziemniaki miały szansę się ugotować. Ale nie przyszło mi na myśl, żeby sprawdzić skórkę na ogórkach! (Obieranie odpada - moim zdaniem ogórkowa z obranych ogórków to nie to). Zupa wyszła pyszna, tyle że ... niezjadliwa.

Podobnie krupnik. No to już mój przebój. Robię krupnik na golonce z indyka, wrzucam warzywa, a gdy warzywa zmiękną, część z nich miksuję, a część zostawiam w całości. I tak dalej, krok po kroku, nie będę tu opisywać. Ale tym razem miałam jakąś łykowatą pietruszkę (korzeń) i po zmiksowaniu warzyw, w zupie pływało pełno włókien, które nie dawały się ani pogryźć ani przełknąć. A zupy tej nie można przecedzić.

Oj, mogłabym jeszcze długo o gotowaniu zup. O tym, jak nieudana jest dyniowa, jeśli dyni nie podsmaży się na maśle. Albo o rozcieńczaniu, albo o przyprawach nietrafionych. Ale już jestem dość sfrustrowana tymi dwiema. uh!

poniedziałek, 21 marca 2011

jak pozbyć się ości

Największe problemy sprawia mi zawsze dorsz. To jest ryba, o której sprzedawczyni w moim rybnym zawsze mówi: ta ryba nie ma ości (o filetach tak mówi oczywiście). Po powrocie do domu zawsze się okazuje, że jednak ości ma. A ja zawsze niezmiennie wierzę w zapewnienia sprzedawczyni.
No, ale radzę sobie z ośćmi. Oto mój sposób:


Usuwam ości pęsetą. Na podorędziu mam małe naczynie z zimną wodą - zanurzam w niej pęsetę, by oczyścić z ości, które wydłubałam z mięsa. 100% efektywności!

kura czy kurczak. co jest czym

Zamówiłam kurę i kurczaka ze wsi. Jedno na rosół, drugie do upieczenia. Kupiłam, wróciłam do domu, rozpakowałam i... nie umiem zdecydować, co jest czym! Czy kura jest większa? A może kurczak to coś, co ma dużą pierś? No bo jak to: kurczak bez piersi? A kura to ta bardziej żylasta? Szukam oznak starości: żółta skóra, zmarszczki. Pod tym względem nie widzę jakoś różnic między jednym ptakiem a drugim. W końcu decyduję, że kura to ta mniejsza i robię na niej rosół. Powoli do mnie dochodzi, że chyba wybrałam bez sensu i to jednak to drugie (większe) jest (było) kurą i nie da się tego upiec, bo będzie mięso za twarde. Chyba z tego też powstanie rosół.
uch...