Ostatnio "położyłam" ogórkową i krupnik. Już byłam pewna, że akurat zupy robię doskonale - i ta pewność chyba mnie zwiodła. W kuchni trzeba być jednak czujnym ;)
Do ogórkowej dałam ogórki o zbyt twardych skórach. Wiem, ze ogórki zbyt ukwaszone, takie ze sklepowej beczki kilka miesięcy po sezonie ogórkowym rujnują zupę. Wiem, że warzywa mrożone nie nadają się na wywar. Wiem, kiedy dodać ogórki, żeby ziemniaki miały szansę się ugotować. Ale nie przyszło mi na myśl, żeby sprawdzić skórkę na ogórkach! (Obieranie odpada - moim zdaniem ogórkowa z obranych ogórków to nie to). Zupa wyszła pyszna, tyle że ... niezjadliwa.
Podobnie krupnik. No to już mój przebój. Robię krupnik na golonce z indyka, wrzucam warzywa, a gdy warzywa zmiękną, część z nich miksuję, a część zostawiam w całości. I tak dalej, krok po kroku, nie będę tu opisywać. Ale tym razem miałam jakąś łykowatą pietruszkę (korzeń) i po zmiksowaniu warzyw, w zupie pływało pełno włókien, które nie dawały się ani pogryźć ani przełknąć. A zupy tej nie można przecedzić.
Oj, mogłabym jeszcze długo o gotowaniu zup. O tym, jak nieudana jest dyniowa, jeśli dyni nie podsmaży się na maśle. Albo o rozcieńczaniu, albo o przyprawach nietrafionych. Ale już jestem dość sfrustrowana tymi dwiema. uh!
Krupnik to jedna z niewielu zup, której jeszcze nigdy nie robiłam. A powód jest prozaiczny - najlepszy krupnik robi moja mama. I basta. Skoro więc mój nie ma już szans być najlepszym, nie widzę nawet sensu gotowania :P
OdpowiedzUsuń na zawsze